EDWARD GUZIAKIEWICZ   ZDRADA STRAŻNIKA PLANETY

Tytułem wstępu



N

apisana lekko archaizującym językiem powieść przenosi czytelnika do starożytności. Jej akcja toczy się w 475 r. p.n.e. najpierw w Tracji (na terenach dzisiejszej Bułgarii), potem w ukrytym w masywie Olimpu skarbcu, by wreszcie znaleźć ciąg dalszy w Attyce (Grecja). Na Ziemi rozbija się statek kosmiczny z przedstawicielami obcej cywilizacji, a z katastrofy uchodzą z życiem jedynie nieliczni przybysze. Obecność wrytego w grunt goliata odnotowują nie tylko pobliscy prymitywni Trakowie. Na planecie zagościł bowiem ktoś znacznie potężniejszy, kto losy kilku niezwykłych rozbitków pragnie związać z własnymi. To zagadkowy kosmita, tytułowy strażnik planety. Nici intrygi sięgają daleko w kosmos i rozstrzyga się przyszłość Ziemi.

Fantastyka jest tu ujęta w ramy powieści historycznej, a narracja i dialogi są podporządkowane jej stylistycznym wymogom. Jednak realia greckiego antyku i odwołania do panteonu greckich bóstw nie gryzą się z technologicznym potencjałem potężnej pankosmicznej rasy. Jej przedstawiciele, na swój sposób nieśmiertelni, potrafią to samo, co mityczny Zeus z Olimpu i inni bogowie. A nawet więcej.

Starożytność została dobrze zbadana przez historyków, zaś autor zadbał w powieści o realia epoki. Ateny odbudowują się po wojnach z Persami, powstaje Symmachia Delijska, zaś Kimon oblega Eion. Nie zanudza on jednak czytelników tymi wydarzeniami i nie zmusza ich do repetytorium z historii starożytnej Grecji. Tylko raz w powieści tytułowy bohater, siwobrody Raha, opowiada Urchitce Ni o wojnach Dariusza i Kserksesa. Autor gustuje natomiast w detalach, co widać — na przykład — w opisie bogatej w dzieła sztuki willi Eurypidesa w Atenach. Poza tym jego bohaterowie zmagają się z losem również poza Ziemią — w odległych stronach kosmosu — dzięki możliwości błyskawicznego pokonywania wielkich przestrzeni (sztuczne planetoidy Tauros i Favo).


P

rzenikają się w książce dzieje trzech różnych cywilizacji: ziemskiej, urchickiej i transgalaktyckiej. Subtelnie zaznacza się również obecność czwartej, pochodzącej jakby z innego wymiaru kosmosu. Potwierdzają ją swym istnieniem wiecznotrwali (immortusi). Poza tym dopiero na Ziemi rozbitkowie z Urch odkrywają cała prawdę o ich osobliwej naturze. Reprezentują rasę zdolną do biologicznych przeobrażeń. Metamorfoza pozwala im przyjmować nowe kształty fizyczne i upodabniać się do dowolnych gatunków w przyrodzie.


P

owieść SF «Zdrada strażnika planety» została uhonorowana Złotym Piórem, nagrodą Związku Literatów Polskich O/Rzeszów.



Dostępne wydania



Na ownlogu autora...


Sekret immortusów, Paruzja transgalaktyty i inne fragmenty...

W 2004 r. autor zamieścił ponad dwadzieścia fragmentów tej powieści na swoim ownlogu. Przejrzyj jego otagowane zapiski! #zdrada strażnika planety




Początek powieści


N

a skalnym uskoku przysiadł ptak i niepokojąco zaskrzeczał, zwiastując obecność intruza. Przybysz z kosmosu o zwierzęcym wyglądzie wytrwale wspinał się po prawie pionowej ścianie, ze ślepym uporem łapiąc kolejne występy skalne i szukając ogonem oparcia. Igrał ze śmiercią. Jego ciało pokrywała z tyłu długa gęsta sierść i sięgająca połowy pleców lwia grzywa, jednak z przodu chronił je tylko krótki włos, więc źle znosił karkołomną wspinaczkę. Co rusz groziło mu, że oderwie się od pochyłości i jak straceniec poleci w dół, ale nie ustępował. Nie miał zresztą odwrotu. Opuszczając miejsce upadku kapsuły ratunkowej i wybierając drogę w górę, postawił bowiem wszystko na jedną kartę.

Powstałe przed wiekami na tej planecie wybrzuszone olbrzymy wydawały się głuche i wymarłe. Poniżej plątały granie, grzędy i uskoki. Czego tu szukał nieznany obcy z gwiazd? Nie myszkował za ukrytymi skarbami, ani nie próbował grać roli łowcy, zasadzającego się na górskie okazy. Tym bardziej że sam bardziej przypominał zaszczute zwierzę niż myśliwego. Z trudem sobie radził, gdyż brakowało mu zabezpieczeń i asekuracji. Kiedy się osuwał, ciągnął za sobą kaskady drobnych kamieni oraz zdzierał mchy i porosty. Raz utknął w szczelinie skalnej, a trzy lub cztery razy wylądował na przypadkowych występach, nieoczekiwanie znajdując oparcie.

Przybysz o zwierzęcym wyglądzie nieruchomiał w takich chwilach, był inteligentną istotą, a w myślach czepiał się natchnionych słów proroka pustyni Ab-ida z planety Urch, z której pochodził. Mędrzec zwykł był pokrzepiać swoich bliskich chrypliwym zawołaniem: „Idźcie i prowadźcie słabych na szczyty!” Jego cherlawe pokrzykiwania mogły budzić zdziwienie w strefie wydmowych piasków równikowych, gdzie nie było wysokich gór, ale uczniowie powszechnie czczonego starca przyjmowali je z powagą. Dopatrywali się w nich metaforycznego znaczenia. Znamionowały upór i silną wolę, wytrwałość i nieugiętość, nieustępliwość i niezłomność. Czyż nie takie przymioty winny były cechować dzielnego wojownika, gotowego oddać życie w słusznej sprawie? (...)

— Idźcie i prowadźcie... — Mu-ur wykrztusił z siebie i teraz, z lękiem zezując na pokonaną stromiznę. Tętno miał wysokie, krew zdawała się mu rozrywać żyły i pospiesznie oddychał. Mętny wzrok ześlizgnął się aż na dno kotła. Po rozleniwiającym spokoju podróży międzygwiezdnej tu zmierzył się z prawie niepokonanym. Szukał wsparcia w sobie, ale na próżno. Odwoływał się rozszalałymi myślami do wszystkiego, co znał, lecz pozostawały mu tylko proste słowa ociemniałego proroka w opadającej do kostek i wypłowiałej od słońca szacie.

— Idźcie... i prowadźcie... — szeptały jego spękane od gorączki wargi. — Wiedźcie... słabe... uszy... na szczyty... (...)



0 1 2 3 4 5 ^