EDWARD GUZIAKIEWICZ   ZDRADA STRAŻNIKA PLANETY

Fragment pierwszy


K

otlina falowała, bliżej gór poprzecinana utworami kredowymi i wapiennymi. Świeciło słonce. Jej pojazd miękko sunął, bez najmniejszych wstrząsów, nie stykając się z podłożem, od którego oddzielała go poduszka wibrującego powietrza. Ni omijała kuszące zielone zagajniki, pełne zakamarków, nieznanych roślin, paproci, mchów i grzybów. Mogły okazać się dla niej niebezpieczne, bowiem jeszcze nie rozszyfrowała wszystkich tajemnic tej dzikiej planety. Nie miała wprawdzie złych przeczuć, tym niemniej rutyna zwiadowcy brała w niej górę. Płynąc ślizgaczem w ślimaczym tempie i z pozoru bez celu, była w stanie dokładnie obejrzeć okolice kosmicznego kolosa i wbić sobie w pamięć mapę obcych terenów.

W pobliżu nie było nikogo z tutejszych. Nie plątał się tu żaden dwunożny. Jednak z pewnością kryli się gdzieś dalej, nie chcąc się na razie ujawniać. Trafnie założyła, że mieszkańcy kotliny nie przeoczyli katastrofy niebiańskiego rydwanu. Przypuszczalnie przyczaili się i warowali, czekając na to, co jeszcze się wydarzy. Zatem na ich kontruderzenie było za wcześnie. Tak sądząc, na razie nie musiała przejmować się zagrożeniem z ich strony.

Poprowadziła ślizgacz wzdłuż linii lasu. Gęsty bór szpilkowy mieszał się z drzewostanem liściastym, rosły tu dęby, graby, jesiony, lipy i brzozy. Szczególnie podobały się jej te ostatnie, cieszące oczy bielą kory.

Przebudzenie, po nocy spędzonej w kabinie ślizgacza, nie było dla niej wielkim wstrząsem. Przyjęła nową fizys ze spokojem, bez paniki i spazmów, a nawet z odrobiną satysfakcji. Nie dziwiła się swoim rękom i nogom, włosom i twarzy. O wiele większego szoku doznała zaraz po katastrofie, zmuszona w samotności oglądać jej straszliwe skutki. To, co stało się z jej posturą — w porównaniu z tamtymi chwilami — wydawało się jej czymś znacznie łatwiejszym do strawienia. Ponadto miało swoje dobre strony. Nowe smukłe ciało uznała z namysłem za prawdziwy dar przeznaczenia. Stanowiło element niezbędnego kamuflażu. Odczuwała niewymowną ulgę, mając świadomość tego, że nie różni się wyglądem od tutejszych wojów i pastuchów, ich połowic i pociech. Mogła wtopić się w tło, rozpłynąć się między tubylcami, ukryć prawdziwe pochodzenie i stać się niejako cząstką lokalnego pejzażu. Liczyła na to, że jej się powiedzie i miała nadzieję, że się nie rozczaruje. Nie mogła walczyć z gatunkiem, który niepodzielnie władał tą planetą. Sztuka pozorowania — jak to z rozwagą oceniała — była w jej przypadku sztuką przetrwania.

Zawróciła transportowiec, chcąc dotrzeć do wypływającego z gór strumienia. Maszyna z szelestem otarła się o młodnik z królującymi w nim brzozami, wypłaszając dwa szaraki. Pomknęły jak wypuszczone z procy. Nie zauważyła drobnych czworonogów, gdyż myślami była znowu w kosmosie, a ściśle biorąc w przytulnej kabinie, którą zajmowała z przemiłą Li-o. Wspomnienia nieodparcie powracały, nie pozwalając wymazać przeszłości.

„Wiesz, kochana?! Tubylcy na Y-o wcale nie są obrzydliwi. Cóż z tego, że nie mają ogonów? I że są pozbawieni sierści? — Ni zwierzała się najbliższej przyjaciółce, biorąc ich w obronę. — Nasi bracia przesadzają, nazywając ich wyliniałymi bezmózgowcami. Chociaż wydają się wybrykiem natury, ewolucyjnie oddaleni od świata fauny, to jednak mają w sobie coś fascynującego — szeptała w największej tajemnicy. — Zdradzę ci to, czego za nic w świecie nie odważyłabym się głośno powiedzieć w sterowni. Chcę być y-ocką ślicznotką — jak te, z ekranów. Mieć taką delikatną i gładką cerę... Chcę, chcę, chcę! Nie sądzisz, że tutejsze podlotki górują nad nami urodą?”

Pozbawione sierści, nagie y-ockie ciała nie odpychały jej i nie budziły w niej niechęci. Natura wyposażyła bowiem wrażliwą i delikatną skórę ludzką w ogromną ilość miejsc erogennych. I to było jej koronnym atutem. Widziała na ekranach, z jaką rozkoszą młodzi tubylcy spółkują i z lekka im zazdrościła. Z tak szeroką gamą pieszczot erotycznych nigdy wcześniej się nie zetknęła. Jako samica miała świadomość tego, że urchickie rytuały miłosne przegrywają z y-ockimi. Trudno jednak było szermować tym wstydliwym argumentem na pokładach „Met-ar-usa”. Tam do głosu dochodził męski punkt widzenia.

Li-o nie dziwiło jej stanowisko. Myślały podobnie i znajdowały wspólny język w wielu sprawach. Uśmiechała się i przytakiwała, dając do zrozumienia, że przyznaje jej rację. „Nasi druhowie sprowadzają metamorfozę do tego, co fizyczne, dlatego nie dostrzegają jej wymiaru duchowego — dopowiadała, idąc tokiem myślenia Ni. — A moim zdaniem proces adaptacji już trwa — perorowała z przejęciem. — Rozpoczął się na obrzeżach tego układu solarnego. Psychicznie stajemy się Y-otami, czy tego chcemy, czy nie. Nawet jeśli sobie z tego kpimy. Ta błękitna planeta przejawia dziwną moc i silnie emanuje. Przyzywa nas do siebie, nieomal woła do nas po imieniu. Wkrada się w nasze sny, a jej szept dociera do ukrytych zakamarków statku!”

Słońce było wysoko i Ni poczuła, że jest głodna. Burczało jej w żołądku. Właściwie temu się nie dziwiła, gdyż od chwili katastrofy niczego nie jadła. Nie mogła myśleć o czymś tak trywialnym jak pożywienie, gdy jej życie było zagrożone, a cała przyszłość stanęła pod znakiem zapytania. Przegoniła ciepłe wspomnienia, które odrywały ją od smutnej rzeczywistości i westchnęła z żalem. Nigdy więcej nie miała ujrzeć słodkiej jak cukierek Li-o, ani z nią poszeptać po ciemku o tym, co nurtowało wybranych, tworzących niewielką społeczność kosmicznego kolosa. Zmniejszyła prędkość. Ślizgacz opadł, ocierając się o zieloną murawę i znacząc za sobą trzy równoległe bruzdy. Wreszcie maszyna się zatrzymała. Ni zgrabnie wyskoczyła z kabiny.

Powietrze było rześkie i świeże. Stała nieruchomo jak posąg, głęboko oddychając. Słońce przeświecało przez przysłaniające błękit białe obłoki, a złote promienie odbijały się tysiącami iskier od pancerza maszyny. Krążyły wokół niej muchy, pszczoły i osy. Rozróżniała je, ale nie umiała ich nazwać. Kolorowe motyle bezszelestnie trzepotały skrzydełkami. Czuła się dziwnie zespolona z tętniącą życiem przyrodą planety. Pas z przypiętym miotaczem był za luźny i musiała go skrócić. Usłyszała szum strumienia. Poszła w tamtą stronę, zanurzając się w chłodnej gęstwinie krzewów. Odgoniła głośnego trzmiela. Ciekawie się rozglądała, szukając czegoś, co odpowiadałoby podniebieniu istoty z Yo. Czarne jagody robiły wrażenie apetycznych, zerwała więc kilka i wrzuciła sobie do ust. Okazały się strasznie gorzkie i krzywiąc się z niesmakiem je wypluła. Dotarła do potoku i z ulgą rozprostowała ramiona.

Wrażenie bezpieczeństwa okazało się złudne. Kryjący się wyżej zwinny drapieżnik znienacka zeskoczył z drzewa, pod którym się znalazła, powalając ją na ziemię. Uratował ją solidny kombinezon, który włożyła poprzedniego dnia. Ostre kły wbiły się w materiał kołnierza. Krzyknęła, padając pod uderzeniem sprężystego ciała. Tuż obok wyrwał się w górę łomoczący skrzydłami wypłoszony szary ptak. Gibki koci napastnik puścił jednak zdobycz, z charkotem odskakując. Wykorzystała ten moment. Błyskawicznie wykonała półobrót i z pozycji półleżącej wypaliła do ssaka. Strumień białego ognia rozorał pokrytą futrem skórę agresora, a pobliskie krzewy zaskwierczały od żaru.

— Giń, potworze! — syknęła z nienawiścią. — Nic ci do mnie!

Potem usiłowała się opanować. Ciężko dyszała. Cóż takiego zaniepokoiło napastliwe zwierzę, że zrezygnowało ze zdobyczy? Od razu to odkryła. Wyczuło, że zadrżała ziemia. I ona po strzale odczuła narastający dygot gruntu. Niedaleko od niej załamało się podłoże, zaś w powstałą szczelinę waliły się z trzaskiem drzewa.

— Co to?! Trzęsienie ziemi? Nie! — zaskomlała. — Niemożliwe! Czary?!

Siedziała jak sparaliżowana, nie mogąc ruszyć się z miejsca. Iluzoryczna wiara w życzliwość tej planety opuściła ją bezpowrotnie. Czar Y-o rozprysł się jak bańka mydlana. Pomyślała z trwogą o ślizgaczu, obawiając się, że go straciła. Odniosła wrażenie, że nie jest już sobą i że szamocze się w niej pragnąca uwolnienia okrutna bestia. Głębsza część jej natury domagała się porzucenia y-ockiej postury i ucieczki do pierwotnych kształtów — jednak nie urchickich, lecz dużo wcześniejszych, przeraźliwie dzikich i nienawistnych.

Wreszcie wstała. Dygot gruntu szybko ustał. Dla pewności jeszcze raz strzeliła do dzikiego kota, tym razem zmniejszając siłę rażenia. Potem przyjrzała się mu z bliska i doszła do wniosku, że wcale nie był taki groźny. Strach miał wielkie oczy. Pewnie zazwyczaj polował na dużo mniejsze okazy. (...)


0 1 2 3 4 5 ^