EDWARD GUZIAKIEWICZ   ZDRADA STRAŻNIKA PLANETY

Fragment drugi


U

stąpiła smolista czerń i znikła zawiesista mgła, która oblepiała go i paraliżowała ruchy. Z niebotycznym zdumieniem odkrył, że po przykrótkim stanie irytującej nieważkości i braku jakichkolwiek bodźców zewnętrznych znalazł się na powrót w realnym świecie. Jego napięcie spadło.

— Uffff! — odsapnął z chwilową ulgą i instynktownie zaczerpnął powietrza, nie wypuszczając z rąk infernalnego pilota.

Z przejęcia dygotał. Stał w niewielkim rozkroku, a nogi pod nim się uginały. Usiłował się opanować i nie stracić wątłej równowagi.

— Do kata, żeby przy tym piekielnym draństwie była chociaż instrukcja obsługi... A tu nic! Radź sobie ośle sam, jak umiesz! — jąkając się, wybąkał rozżalony. Potem zaczął przyzwyczajać wzrok do obcego otoczenia.

Spedycyjny moloch wypluł go na nieprzyjemnej mrocznej stacji. Był w straszącym ogromem pomieszczeniu i domyślił się tego, chociaż nie widział ścian ani stropu. Wysoko ponad nim leniwie krążyły świetliste kule — żółte, białe, różowe i pomarańczowe, a tu i ówdzie zielone — wyznaczające pułap niby-peronu. Jak karzełek sterczał na połyskującej gładkiej płaszczyźnie, dokładnie na środku jaskrawo świecącego trójkąta z wyrysowaną sinusoidą. Zaraz jednak trójkąt pociemniał i zgasł.

Urchita z lękiem się rozejrzał. Był skazany na improwizację. Nie wydawało mu się prawdopodobne, żeby sztuczne gniazdo, do którego przeniosła go wymyślna aparatura, mieściło się na Ziemi. Czuł, że jest odrobinę lżejszy. Obok dojrzał inne trójkąty. Ktoś odwzorował tu w odpowiednio większej skali wzory i symbole z płytki, którą dzierżył w dłoniach. To było pokrzepiające i wywnioskował, że będzie mógł stąd uciec i powrócić tam, skąd przybył. Płuca nie alarmowały o zagrożeniu i odnotował, że powietrzem w hali da się oddychać. Przetarł rękawem zroszone czoło.

— Żebyś ty wiedziała, coś ty narobiła, dziewczyno! — wyskamłał pod adresem trackiej dziewoi.

Niewinne na pierwszy rzut oka urządzenie, które posiadł dzięki sprytowi Safony, służyło do pokonywania ogromnych przestrzeni kosmicznych. Uzmysłowił sobie, że nie doceniał technologicznych możliwości demonicznej rasy, którą bezapelacyjnie reprezentował siwobrody. Z pewnością jego rodacy erę konwencjonalnych lotów kosmicznych dawno mieli za sobą. „Łajdaki, ależ wiedzą dysponują!” — miauknął do rozpierzchłych myśli. Skulił się, nie chcąc wzbudzić niczyjego zainteresowania — nikt go tu przecież nie zapraszał. Był intruzem i natrętem. No, ale cóż miał biedak począć? Postąpił naprzód, chyłkiem schodząc z platformy. Starał się nie hałasować.

— Na proroków, gdzie jestem? — szepnął ze zgrozą. Asekuracyjnie omijał pozostałe trójkąty, nie chcąc udać się w kolejną podróż w nieznane. No właśnie! Gdzie był? Dobre pytanie! Nie nasuwała mu się na razie żadna klarowna odpowiedź. Teleportował się z Y-o, lecz bezsprzecznie nie wrócił na Urch. Zerknął za siebie, upewniając się, że w razie czego trafi z powrotem na odpowiednią platformę i nie zamknie sobie drogi powrotu do przyjaciół biwakujących nad Nestosem.

Nurtowało go przeświadczenie, że w olbrzymim hangarze jest sam, ale zaraz odkrył, że się pomylił. Nie przegapiono jego przybycia. Odległa wnęka zajaśniała trupiobladym światłem i wynurzył się z niej miniaturowy jednoosobowy pojazd, niby to fotel na kółkach. Nie miał ochoty na nieprzyjazną konfrontację i serce skoczyło mu do gardła. Wlokło się ku niemu niewydarzone monstrum. Czy to był ktoś rozumny, czy maszyna? Przerażony pomyślał, że wolałby raczej spotkanie z bezdusznym robotem, żywi byli bowiem bardziej niebezpieczni. Sięgnął za pas, łapiąc rękojeść miotacza i gotując się do nieuchronnego starcia. W zbliżającym się pojeździe gniła jajogłowa istota, podobna do tych, które przed wiekami gościły na Urch. Nieprawdopodobna relacja kosmicznego kamerzysty znajdowała tu namacalne potwierdzenie. Taka rasa naprawdę istniała.

Nadjeżdżający był wzburzony i rozsierdzony, a przy tym nie zamykały mu się usta. Gniewnie wymachiwał rękoma, pienił się, ciskał klątwy i złorzeczył przybyłemu. Jego wrogie nastawienie było widoczne, choć z tej odległości do Urchity docierały tylko strzępy słów. Jeszcze chwila i dałby nogi za pas, ale nie zdążył. Nim ruszył się z miejsca, jedna z unoszących się w górze kul spłynęła łagodnie w dół, oblewając go jasnym światłem i zatrzymując niczym na scenie. Poczuł się jak kiepski aktor, którego zaraz wygwiżdżą i obrzucą zgniłymi jajami.

Miniaturowy pojazd znieruchomiał w niewielkiej odległości i dopiero wtedy Urchita wyraźnie usłyszał głos jajogłowego. Dźwięki dochodziły z całkiem bliska — z pilota, którego ściskał w spoconej dłoni. Uniósł brwi ze zdumieniem, odkrywając, że zwędzone staremu urządzenie pełni również rolę translatora.

— Tyle czasu bez kontaktu, tyle czasu... — obcy strofował go, dając upust tłumionej złości, a przy tym wcale na niego nie patrząc. — Jedni dają dyla za wcześnie, a wracają z pustymi rękoma, ten gorliwiec znowu zaszył się tam na dobre. Siedzi u tych prostaków, jakby go ktoś do nich przywiązał i jakby te prymitywy były jego koligatami. Tyle czasu, tyle czasu... — ślinił się z męczącą chrypą. — To niewybaczalne...

Wykrzyczał się, ulżyło mu, charczał już przecież ruszając z odległej wnęki, i zdawał się teraz uspokajać. Podpłynął jeszcze bliżej i obrzucił nieżyczliwym spojrzeniem przybyłego.

— Dlaczego miałbym tu wiecznie warować? Co to? Nie mam niczego innego na głowie? — zmienił nagle front i zaczął się uskarżać. Teraz łasił się jak pies, a jego głos przeszedł w żałosne crescendo. — Ten zdezelowany i wyszmelcowany świat wkrótce szlag trafi. Taki w nim chaos, taki zamęt i bałagan! — Na koniec ze zniechęceniem machnął ręką. — Ech, szkoda gadać. Tylko strzępię sobie język!

Wyraźnie brano go za kogoś innego. Popieprzony dozorca z olbrzymiej galaktycznej wozowni, stróżujący tu z obowiązku furiat, pomylił go z kimś ze swoich — i to nagłe odkrycie podziałało pokrzepiająco na Urchitę. Strój i wygląd nie miały tu nic do rzeczy i pewnie dlatego udało mu się nie zdekonspirować. Poczuł jedynie żal, że nie dowiedział się niczego więcej i że dotarły do niego tylko ostatnie zdania przykrej przydługiej tyrady.

Obcesowy jajogłowy wylał swoje żale, a jego zwrotny pojazd nadspodziewanie szybko się obrócił i zaczął się oddalać. Zapadła znowu niepokojąca cisza. Miniaturowy wehikuł nie pożeglował jednak z powrotem do wnęki. Skierował się w stronę majestatycznej bramy hangaru. Jej obie połowy drgnęły, powoli się rozsuwając i odsłaniając czyste niebo. Świetlna kula lekko się uniosła, niby uskrzydlona muza wskazując mu drogę. Ruszył powoli, pojmując, że jako przybysz z penetrowanych przez wpływowy gatunek przestrzeni kosmicznych powinien wprost ze stacji udać się do... No, właśnie, dokąd? Przyszło mu na myśl słowo „dom”. Gdzie jednakże na tym dziwnym ciele niebieskim, na którym się znalazł, mógł się mieścić własny kąt wysłańca, powracającego z innej części wszechświata? Dwa słońca, jedno większe oraz drugie, mniejsze i jakby przez to bardziej odległe, a przy tym dające mniej ciepła, świeciły seledynowo. Stąpał ku monumentalnej bramie ze świadomością tego, że jego podwiązane w kostkach rzemieniem kiepskie mokasyny wyglądają komicznie. W odzieniu ze źle wyprawionych skór czuł się jak błazen, który pcha się tam, gdzie go nie powinien. Tęsknie pomyślał o Safonie, którą pozostawił na Ziemi. Z pewnością boleśnie przyjęła jego nagłe zniknięcie.

Planeta tylko z pozoru była dziełem natury i rzuciło mu się w oczy, że jest podejrzanie mała. Horyzont był nieodległy, a podłoże, po którym heroicznie kroczył, pozbawione nierówności i jedwabiście gładkie, miękko uginało się pod jego stopami. Nie miało żadnych widocznych skaz.

— Trafiłem na sztuczną planetoidę — z niedowierzaniem wymamrotał. — Że też musiało mnie coś takiego spotkać?

Zdumiało go to miejsce. Ciało niebieskie, na które nierozważnie dał się teleportować, stanowiło niezwykłe dzieło sztuki. Jako idealna kula było wcieleniem matematycznego piękna. Poza hangarem, który opuścił, jego wzrok nie wyłuskał żadnych zabudowań, nie licząc widocznych z jednej strony w oddali kopulastych wzniesień, ledwo wynurzających się spoza przykurczonej linii horyzontu. Na niebie nie dostrzegł obłoków ani chmur; wprawdzie wyczuwał lekki ruch powietrza, ale nie wiał wiatr — tu aura na pewno nie zaskakiwała mieszkańców swymi kaprysami. Nie przeganiała ich nagłym siekącym deszczem, ani nie straszyła skokami temperatur.

— Zadziwiająca konstrukcja — cmoknął z nabożnym uznaniem. — Jak daleko należy posunąć się w ewolucji, żeby umieć tworzyć takie cuda? (...)


0 1 2 3 4 5 ^