EDWARD GUZIAKIEWICZ   ZDRADA STRAŻNIKA PLANETY

Fragment trzeci


R

ozkosznie tuliła się do Mi-ira, wdzięczna losowi, że pozwolił jej jedynemu wyrwać się drapieżnym mocom krainy ciemności. Obawiała się, że ukochany sobie nie poradzi. Kto przy zdrowych zmysłach zadzierał z bogami? A może wysłuchała jej próśb Artemida, której wszystko, co miała złożyła w ofierze, zawijając dary w pszeniczną słomę?

— Jak to dobrze, że wróciłeś — wyszeptała, zarzuciwszy mu ręce na ramiona. — Twoja oblubienica umierała ze strachu. Ogarnęła ją groza. Była z żalu jedną nogą na tamtym świecie. Ale ty okazałeś się silniejszy niż myślała, potężniejszy od duchów ośnieżonych gór i władców mrocznych podziemi!..

Z cicha się roześmiał, słysząc te naiwne słowa. Momentami była naprawdę niemądra. Poprawił jej opadający kosmyk włosów.

— Nie jestem takim mocarzem jak przypuszczasz — przesądził. — Tym niemniej nie brakuje mi sprytu. Jeśli trzeba, umiem ruszyć głową.

Mimo wszystko na jego twarzy malowała się troska. Wrócił pamięcią do tego, co zobaczył na odległej asteroidzie, nie mogąc pojąć, jak to się stało, że istoty na niebosiężnym pułapie rozwoju tak dalece ugrzęzły we władzy niskich żądz. „Czy tak musi być w całym wszechświecie?” — z udręką zapytał swoich myśli.

Przyzwoitość nie zawsze szła w parze z techniką. Chociaż owi suwereni posiedli ogromną wiedzę o kosmosie, to jednak pozostali przy tym żenująco ordynarni i prostaccy. Zabrakło im subtelnej równowagi między sukcesami na polu technologii a moralnością. Zapatrzeni w siebie, zadufani i niezdolni do wybaczania win, nie mówiąc o okazywaniu słabszym serca, stwarzali wrażenie zagubionych i straszliwie powikłanych wewnętrznie. Czy wszyscy u nich tacy byli? Chodziło mu po głowie, że odkrył najbardziej kompromitującą słabość potężnej cywilizacji, sprawującej kontrolę nad rozległymi konstelacjami gwiezdnymi. A może jednak nie wszyscy tak nisko upadli? Może przejściowy kryzys dotknął tylko zbiurokratyzowanego aparatu władzy, systemu, który nieoczekiwanie się wyrodził, nabierając okrutnych cech imperialnych?

Starca Mi-ir nigdzie nie zauważył. Rozglądał się za nim po obozie, a nawet zuchwale zajrzał do jego namiotu, by wreszcie z pytaniem o niego zwrócić się do zadumanej Ni. Urchitka przyjęła jego powrót z niezmąconym spokojem i chłodną obojętnością. O dziwo, nie usiłowała ciągnąć go za język — nie skakała mu wściekle do oczu i nie zarzucała mu brawury, jak poprzedniego dnia wojownikowi. Może już sobie uzmysłowiła, że z ich podłym losem wiążą się nadal liczne niewiadome? Nieobecna myślami, zdradziła mu, że matuzalem zamierzał go odszukać. Powiedziała, że udał się za nim w górę strumienia, święcie przekonany, iż tam go odnajdzie. Na koniec pocieszyła go, że brodacz niedługo wróci.

Podminowanego Urchity nie bawiło jednak czekanie. Męczył go natłok pytań. Jajogłowa ze sztucznego ciała niebieskiego zabiła mu klina. Za wszelką cenę pragnął się dowiedzieć, kim są immortusi. Nie wątpił, że dopadnie starego i wyciśnie go jak cytrynę, choć przy tym nie mógł uwolnić się od niepokoju. Lękał się, że zdekonspirowany matuzalem da drapaka i że go nigdy więcej nie ujrzy. Z pośpiechem zjadł to, co podała mu Safona, a potem pognał w górę strumienia.

Siwobrody jednak nie zbiegł, ani nigdzie się nie ukrył, a Mi-ir natknął się na niego ponad wąwozem na skraju żywicznego lasu. Tacy jak on nie tracili ducha. Siedział na ogromnym głazie nieopodal strzelającej w niebo sosny i błądził wzrokiem po rysujących się w oddali ośnieżonych szczytach górskich. Mimowolnie się obejrzał, łowiąc kątem oka nadchodzącą postać, ale nie ruszył się z miejsca, ani nie sięgnął po kostur oparty o drzewo. Mi-ir dotarł do niego nieco zadyszany. Nie bawił się w kurtuazję. Nie miał wyboru, musiał być nieugięty i bezwzględny. Wyjęty miotacz mierzył w błyszczącą od potu łysinę.

— Kim są immortusi, ty... ty... galaktyczny oszuście? — charknął nienawistnie, gdy złapał oddech. Zażądał bezzwłocznych wyjaśnień.

Na nestorze jego broń nie zrobiła żadnego wrażenia. Zachowałby się podobnie, gdyby to rozhasany szkrab popisywał się przed nim wystruganą z lipowego drewna zabawką. Powoli się wyprostował i Mi-irowi przez chwilę się wydawało, że ma przed sobą nie starego, ale młodego człowieka, a przy tym niezwykle energicznego.

— Byłeś na Taurosie? — jego głos sucho zabrzmiał. Siwobrody nie zamierzał przedwcześnie dzielić się swymi sekretami.

Mi-ir zawahał się, bo nie znał nazwy odległego zakątka w kosmosie, w którym krótko przebywał.

— Odwiedziłem jakąś... planetoidę — wbrew temu, co sobie obiecywał, okazał się skłonny do ustępstw. — Wybrałem... trójkąt, oznaczony sinusoidą — odpowiedział, mocując się z sobą.

Matuzalem z ulgą odetchnął.

— A więc byłeś — złożył dłonie w zamyśleniu. — Nakryli cię?!

Mi-ir nadal mierzył w rozmówcę. Jednak bez przekonania. Lufa opadała mu w dół.

— Nakryli? Jasne, że nakryli, psiamać, czyż mogło być inaczej?..

— Kto?! — pytanie zabrzmiało jeszcze ostrzej.

— Stary beznogi operator, który miał tam oko na cały hangar. Darł mordę, bowiem był przekonany, że wrócił jeden z was. Wykrzyczał się, a potem się odczepił. Później wzięła mnie w obroty jajogłowa z jaśniepańskimi manierami. Przybyła z miasta lśniącym czarnym bolidem. Wsiadła na mnie, święcie przekonana, że ma przed sobą ciebie, Raho — nie zamierzał kryć tego, że zna prawdziwe imię starca. — Ucięła sobie ze mną dłuższą pogawędkę. Fatalnie to zresztą się skończyło.

Siwobrody nie próbował usprawiedliwiać stawianych pytań. Dowiedział się, czego chciał, nie zważając na wycelowaną w siebie broń. Zaczął niespiesznie zaspokajać ciekawość Mi-ira. (...)


0 1 2 3 4 5 ^