EDWARD GUZIAKIEWICZ   ZDRADA STRAŻNIKA PLANETY

Fragment czwarty


R

zuciło ich ku niewzruszonej i wiecznej siedzibie bogów, ku znaczącym się między stromymi szczytami przełęczom, głębokim urwiskom i żlebom. Rdzenna majestatyczna grań wypiętrzała się w kilka samodzielnych poszarpanych wierzchołków. Niektóre z nich wrastały w gęstą mgłę. Płaski skrawek skalistego podłoża okazał się dokładnie taki, jakiego wymagał wzięty w drogę pojazd. Wychylali się i kolejno wyskakiwali z kabiny urchickiego wehikułu, najpierw Mi-ir, po nim Raha, potem pozostali, a ich nienawykłe do chłodu twarze owiewało ostre górskie powietrze. Biel leżącego tu płatami śniegu raziła nieprzyzwyczajone oczy. Z ich lądowiska rozciągał się rozległy widok na pokryte ciemnym szpilkowym borem pofałdowane zbocza. Chłonęli niecodzienny krajobraz z zapartym tchem.

Safona z nieukrywanym podziwem wykrzyknęła:

— Na Gromowładnego, jakże tu pięknie!

Matuzalem starał się być powściągliwy i rzeczowy, ale i jemu udzielał się ich zachwyt.

— Zazwyczaj kruchego i śliskiego lodu jest tu dużo mniej — rzeczowo objaśniał — ale tego roku zima była wyjątkowo ostra jak na te ciepłe strony. Nadejdzie lato, to go ubędzie.

Nie powędrowali w dół Nestosu traktem, którym ciągnęli greccy kupcy, i nie udali się ku wybrzeżu morskiemu, z czym się wcześniej nosili. W ogóle nie puścili się w żadną drogę. Tamto było i minęło. Siwobrody, który jeszcze kilka dni wcześniej z namaszczeniem i powagą pouczał ich, że tu się pokonuje odległości pieszo, albo na mule, albo na koniu, przeniósł ich w okamgnieniu ze ślizgaczem i całym dobytkiem w ośnieżone góry Hellady. Nie musiał już kryć swej nieziemskiej potęgi przed przybyszami z Urch. Zmieniały się koleje losu i zaczynały się przed nimi rysować zadania na kosmiczną skalę. Czekał ich niebezpieczny wypad na Favo.

— No to ruszamy — rzucił z zachętą, wskazując kierunek, gdy się napatrzyli i nasycili. — To tylko kilka kroków.

Pociągnął ich za sobą po grani, na tyle szerokiej, by dało się w skupieniu kroczyć gęsiego. Czuł się tu prawie jak u siebie, może jak Trak w obejściu albo przy marnej chacie, i pewnie dosyć często tu zaglądał, mimo że wokół straszyło pustkowie. Masyw był raczej niedostępny i odpychający, a między szczytami świszczał niemiły wiatr.

Wątła ścieżyna, którą stary z pewnością odnalazłby również po zmroku, wiodła wprost ku strzelającej w górę litej ścianie. Wyrastała przed nimi, wyniosła i groźna, zagradzając im drogę.

— Imponująca — Mu-ur zadarł głowę i przymrużył oczy. Skrzywił się jednak zaraz z odrazą, uzmysławiając sobie, że nie tak dawno zbliżoną pochyłość jak ostatni głupiec pokonywał wbrew swojej woli.

— Nie lękaj się, bracie, nie będziemy zdobywać tej stromizny — zarżał wniebowzięty Raha, świadomy tego, że niepokaźna trzódka, którą wiedzie, jeszcze nie odgaduje, dokąd zdąża.

Zaczął rozgarniać wątły mech i odsłonił przed nimi zarys sekretnego wejścia, o którego istnieniu z pewnością nie wiedzieli pozbawieni ogłady prości pasterze, doglądający dużo niżej swoich chudych kóz. Zresztą, kto przy zdrowych zmysłach pchałby się tam, gdzie dostojnie się znaczyła chmurna i wyniosła siedziba srogich bogów? Kto odważyłby się naruszać ich spokój i zuchwale żądać dla siebie czary nektaru lub ambrozji? Lita kamienna ściana była wydrążona, kryjąc w uśpionym wnętrzu jakieś tajemnice.

— No tak, a jakże... — od razu połapała się Ni, sytuując się obok starca i delikatnie wodząc palcami po ledwo widocznej szczelinie. Zaraz się jednak cofnęła.

Z pozoru niewzruszona skała posłusznie drgnęła, ustępując przybyłym. Ukryty za nią sezam uchylał swe podwoje. Odsłoniły się nieoświetlone i nierówne kamienne schody, prowadzące w głąb masywu niby do mrocznych potępieńczych lochów.

— Czyżby tu mieszkały groźne Mojry? — zapytała z zaniepokojeniem tracka dziewka.

Siwobrody zaprzeczył. Jego otoczone zmarszczkami oczy zaśmiały się do niej, a potem do stojącej obok niej Ni. Było widać, że coraz bardziej przeszkadza mu starczy wygląd i że pragnie się uwolnić od ciążącej mu teraz jak garb postury.

— W tej z pozoru złowrogiej czeluści gromadzę moje skarby, których ze zrozumiałych względów nie mogę pozostawić na powierzchni. Ściągam je sobie przy nadarzających się okazjach nie tylko z najciekawszych zakątków tego globu, ale i z innych planet, które czasem odwiedzam. O tej ukrytej niby-jaskini, przed wiekami wydrążonej, nikt na Ziemi jeszcze nie wie — dorzucił obiecująco. — I nikt jej dotąd nie zaszczycił swoją obecnością. Wy będziecie pierwsi. A i pewnie jedyni... (...)


K

amienne schody się skończyły i cała szóstka znalazła się w jasno oświetlonym mamucim pomieszczeniu, pełnym dzieł sztuki. Nawa było zaprzeczeniem surowego zejścia i Ni krzyknęła z niekłamanym zachwytem, ale zaraz zamilkła, przytłoczona oszałamiającym bogactwem. Ściany były kryte kamiennymi płaskorzeźbami i marmurem. Tajemnych źródeł rozproszonego ciepłego światła nie można było dociec. Ostrożnie wkraczali między nieco chaotycznie eksponowane tu zbiory. Witały ich kamienne kolumny i posągi. Skarbów były setki, jeśli nie tysiące. Nie brakowało złota, srebra, miedzi i drogich kamieni. Wzrok rwał się do oglądania, a cenne wyroby rzemieślników i artystów różnych ziem cieszyły spragnione oczy.

Przyciągnęła uwagę Urchitki spora kolekcja misternych greckich naczyń. Ich zawiłe kształty odtwarzał onegdaj siwobrody patykiem na suchym piasku, wbijając jej w głowę właściwe, znane tylko Hellenom nazwy.

— Pytos, lutroforos, lagynos — poszeptywała, pomagając sobie palcem. — Stamnos, hydria, oichonoe...

Dalej ujrzała kratery i amfory. Nie zdążyła się jednakże im przypatrzeć, ani żadnej z czar pieszczotliwie wziąć do rąk, bo odciągnął ją głos nestora.

Mi-ir, który śmiało zapuścił się głąb masywu, ginąc w labiryncie korytarzy, trafił na kolekcję naturalnej wielkości ludzkich figur. Wyglądały jak żywe. Panował tajemniczy półmrok, a słabsze światło wydobywało z mroku mniej intratnych szczegółów. Załomotało mu serce. Przeląkł się, że zaczaili się tu na niego zawzięci tuziemcy, by ostro wziąć go w obroty.

— Co za ulga! — szybko się pozbierał. — Do diaska, nie są prawdziwi, to tylko manekiny.

Zdawała się go lunatycznie przyzywać młodziutka kobieta o delikatnych rysach twarzy, nieco skośnych oczach i wymyślnie ułożonych ciemnych lśniących włosach, w które wbito wiążące fryzurę szpile. Prawie na palcach, jakby w obawie, że może ją spłoszyć, zbliżył się do stojącej nieruchomo damy. Głowę miała z wdziękiem pochyloną, dzięki czemu lepiej było widać jej kształtną łabędzią szyję, a powieki na wpół opuszczone. Nie wypadało jej zuchwale zaglądać w naznaczone marsem srogie oblicze mężczyzny. Wpływała na niego nadzmysłowo, jakby nadal żyła, a nie była tylko kukłą — i odniósł wrażenie, że od dawna tu czeka właśnie na niego. A może był faktycznie kimś nad wyraz wyjątkowym? To i owo wbiło mu się w pamięć w związku z różnicami między rasami ludzkimi na Y-o, więc bez specjalnego trudu odgadł, iż śliczna laleczka jak nic pochodzi z dalekiej Azji. Przyjrzał się jej mediumicznemu ubiorowi. Przepasane pasem malowane w kwiaty jedwabne kimono otulało szczupłą sylwetkę. Na nogach miała — także wykończone jedwabiem — proste sandały. Obok z powagą wystawał równie nieruchomy typ, na którego nałożono bogato zdobioną metalową zbroję, a do odzianej w rękawicę prawicy wciśnięto ciężki miecz. Z uznaniem otaksował go wzrokiem. Mocna szczęka i gęste brwi nadawały twarzy zdecydowany wyraz. Z takim nie było bezpiecznie zetrzeć się w otwartym polu. U jego stóp leżały porzucone tarcza z wytłoczonym dziwnym herbem i hełm. Wystającym dalej innym odzianym manekinom Urchita nie zdążył się dokładnie przyjrzeć. Niestety, musiał wracać. Po drodze zapuścił jeszcze żurawia do wyłożonej ciemnym drewnem sali, ale jej widok wydał mu się odrażający, bowiem skojarzyła mu się z izbami tortur, do których prawie każdy Urchita czuł żywiołową niechęć.

Na siwobrodym nie robiła żadnego wrażenia ta sceneria, bo dawno temu do niej przywykł.

— Hej, hej, zawracajcie! — donośnie wołał któryś raz z rzędu. — Nie rozchodźcie się i nie oddalajcie! — klaskał w dłonie, zgarniając ich jak kwoka kurczęta. — I podejdźcie tu, gdzie jestem. Tak wiele mamy do zrobienia...

Był po przeciwnej stronie interieuru, tam, gdzie lejące się ze ścian światło przechodziło w silny oranż, tuż przy rozwieszonych w pokaźnej wnęce lekkich stalowoszarych skafandrach kosmicznych. Raha ostrożnie zdjął jeden z nich, podając go przejętemu chłopakowi, który za nim wiernie ciągnął. — Będzie na ciebie w sam raz — orzekł z pogodnym uśmiechem. Następny wyjął dla siebie. Potem w kolejce ustawiły się Ni i Safona. Próżniowe odzienia nie wyszły spod rak rzemieślników trzeciej planety od Słońca i bezsprzecznie musiano je sprowadzić z odległych stron kosmosu. Skąd? Tego nikt z przybyłych nie wiedział. W zabarwionym ciemnym oranżem zaciszu witała ich zupełnie inna epoka, a pieczołowicie zgromadzony sprzęt przywoływał na myśl podniecające loty w kosmos i ekscytującą kolonizację nowych planet. (...)


0 1 2 3 4 5 ^