EDWARD GUZIAKIEWICZ   ZDRADA STRAŻNIKA PLANETY

Fragment piąty


D

zień był bezwietrzny. Dobrze utrzymani hebanowi niewolnicy z głębi Czarnego Lądu cierpliwie czekali na rozgrzanym słońcem kamiennym podeście przed willą, gotowi w każdej chwili poderwać się i ruszyć w drogę. Obok nich stały lektyki. Wytarty z obłoków przejrzysty błękit nieba wprawdzie zapowiadał spiekotę, jednak Ni nie opuszczał pogodny nastrój. Nuciła pod nosem tracką piosnkę, zasłyszaną u ożywionej Safony. Zdumiewała ją skala głosu tej dziewczyny, a zwłaszcza łatwość, z jaką brała wysokie tony. Ranek okazał się nad wyraz spokojny. Od świtu bez umiaru koncertowały ptaki, a ich świergot nie ustawał. Po upojnej nocy w ramionach jedynego obudziła się, przeciągając się z rozkoszą, a w oknie przywitała ją gołębica, niosąca w dziobie gałązkę drzewa oliwnego. Przyjęła to za sprzyjającą wróżbę. Zresztą zewsząd płynęły podobne fluidy. Widocznie tutejsi bogowie pogodzili się już z ich przybyciem. Cóż zresztą mogli innego uczynić, skoro od dawna bez sprzeciwu dzielili Olimp z nieśmiertelnym jak oni alochtonem z odległych gwiazd? Szybko się uwinęła, gotując się do drogi i wraz z Safoną wyfrunęła przed willę. Ulokowała się w okrytym zwiewną tkaniną wnętrzu, wspierając się na haftowanych poduszkach. Eurypides zajął obok niej miejsce, najpierw się upewniwszy, że pozostała czwórka usadowiła się w dwu następnych lektykach. Ruszono, gdy tylko dał umówiony znak. Niewolnicy podnieśli się, z początku ślimacząc się i trzymając się żółwiego tempa, potem już jednak dość żwawo biegli, zachowując wyważony rytm, więc lektykami nie trzęsło. Za nimi rysowały się w oddali pnące się po wydzieranym lasom wzgórzach troskliwie pielęgnowane winnice i gaje oliwne. Senne miasto obudziło się już do życia i śpieszyło się, chcąc się uporać z codziennymi obowiązkami nim spadnie z nieba żar. Przybywało pieszych i pojazdów, zaprzężonych w muły i woły. Na grzbietach obciążonych do ostatnich granic wychudłych osłów kolebały się towary.

Barwny tłum hałaśliwie przelewał się i kłębił między straganami. Kupcy pokrzykiwali, jazgotliwie zachęcając do oglądania wystawionych na sprzedaż wyrobów. W harmidrze i w tłoku niosący lektyki niewolnicy ocierali się o wolnych, o iluzjonistów, o odziane w jaskrawe chitony prostytutki, za którymi ciągnęła się silna woń perfum i o szlachetne matrony w wykwintnych szatach z najdroższych tkanin. Wysiedli i wmieszali się w ten tłum, z niesłabnącą uwagą chłonąc wszystko, co im wpadało w oczy. Agora! Handel zamieniał się tu w wyrafinowany rytuał i był wyniesiony nieomal do poziomu sztuki. Skrybowie, wróżbiarki i magowie w łachmanach donośnie zachwalali swe usługi, bądź klepali tajemne zaklęcia. Tancerze popisywali się przed gapiami przy dźwiękach skocznej muzyki. Kupujący zawzięcie się targowali, starając się uzyskać jak najniższe ceny. Rozłożyli się tu tkacze, krawcy, złotnicy, garncarze, szewcy i cieśle. Chłopi oferowali żywność, świeże, solone i suszone ryby, jaja, chleb, warzywa i zboże. Handlowano również niewolnikami i zwierzętami. Eurypides zbierał ukłony kupców — dawno go nie widziano, więc wypytywano go o szczegóły dłuższej podróży morskiej, którą miał rzekomo odbyć.

Mu-ura barwne targowisko nie zajmowało. Był wojownikiem i spełniał się w walce, a nie przy straganach. Sterczał przy chudym jak szczapa żonglerze, popisującym się sztuczkami z cienkimi obrożami, a potem poniosło go na skraj agory, gdzie trafił na kryjącą się w niskich murach gospodę.

W piwnicy brakowało światła, a przy ciągnących się wzdłuż okopconych ścian kamiennych płytach stołowych rozgościła się miejscowa klientela. Kupcy trącali się, wznosząc toasty i opijając transakcje. Któremuś rozwiązał się akurat gruby lniany wór i wysypały się z niego z kwikiem trzy prosiaki. Gonił za nimi i zgarniał je z powrotem. Przenoszący ogromną amforę rosły niewolnik omal się przy tym nie potknął. W głębi mieściła się szafa, akurat otwarta i odsłaniająca komplety naczyń, kubków, kielichów i czar z dwoma uchwytami. Przykuła jego wzrok niewielka beczułka, stojąca na jednym z wolnych stołów. Ławy miały wysokie oparcia i niektórzy z biesiadujących rozłożyli się na nich ze skrzyżowanymi nogami. Środek sali był pusty. Wojownik rozglądał się z wahaniem, starając się przebić wzrokiem półmrok. Z odległego kąta dobiegły go krzykliwe głosy. Nie byłby sobą, gdyby mimowolnie nie sprawdził, czy sztylet ma pod ręką. Pijący wszczęli kłótnię, bo któryś z nich oszukiwał przy grze w kości. Zaaferowany gospodarz wyjrzał z zaplecza i zaklaskał w dłonie, a na ten znak wybiegły gibkie dziewczyny w bardzo krótkich chitonach. Zaczęły tańczyć z rozpuszczonymi włosami, wybijając rytm kastanietami. Towarzyszył im ponury brodaty mężczyzna, przygrywający na nieznanym Urchicie instrumencie, z pewnością od dawna służący Posejdonowi. Jedno oko miał zasłonięte czarną przepaską, chyba stracił je w portowej bójce.

Ten widok wywołał w nim odlegle skojarzenia. Przez chwilę wyobrażał sobie, że znalazł się w knajpie przy redzie w Ab-dan-is i że ogląda urchickich marynarzy, sączących za ciemnymi stołami tamtejsze piwo. Poczuł dojmujący ból i z niechęcią wydął usta. Nie zdecydował się usiąść, bo nie znalazłby kompana od serca. Opuścił gospodę i znowu wmieszał się w przelewający się barwny tłum, odruchowo rozglądając się za znajomymi twarzami. Zaczepił go brudny sutener, oferujący usługi młodziutkiej białej niewolnicy. Dziewczyna nie była brzydka, ale trochę zaniedbana. Obrzuciła go długim zachłannym spojrzeniem, podziwiając jego bicepsy. Bezwstydnie obnażyła przed nim drobną pierś. Odwrócił się bez słowa, ignorując lubieżną ofertę. Nie pociągały go kobiety.

Eurypides wyłowił go orlim wzrokiem i nagląco przywołał do siebie. Miał powód, by go wzywać. Trzymał na ramieniu małe figlarne i ruchliwe zwierzę, okropnie brzydkie, lecz mimo to mające uderzająco ludzkie rysy. A może to było prawdziwe tubylcze dziecko, a urodziło się takie, bo jego matkę pokarali za coś bogowie?

Wskazał na wścibskiego kamrata na uwięzi, który zabawnie popiskiwał, co rusz sięgając do rąk Ni po suszone daktyle.

— Przewyborna okazja, zielona małpka, wyjątkowa rzadkość — oświadczył ze sporą dozą pewności siebie. — Sądzę, że niezgorzej wybrałem, ha, ha, ha! — w rozbawieniu pokazał zęby. — Ma się rozumieć, nabyłem ją z myślą o tobie. Nie będziesz się czuł samotny jak palec...

Chcąc nie chcąc Mu-ur pochwycił podany mu łańcuszek i małpa zręcznie przeskoczyła na jego rosłe ramię. Brzydką mordką cmoknęła go na powitanie. Skrzywił się, z obrzydzeniem odchylając głowę i unosząc brwi w wyrazie niebotycznego zdumienia.

— To dla mnie? — nie chciało mu się wierzyć. Z niesmakiem zezował na cudacznego zwierzaka, nie mogąc przeniknąć niepojętych intencji Rahy. — Dlaczego dla mnie? (...)


W

jakiś czas później udali się z targu na wysoki Akropol, skąd mogli się lepiej przyjrzeć rysującemu się między wzniesieniami miastu i znaczącemu się w oddali ciemnobłękitnemu morzu zatoki. Zostawili po prawej Areopag. Wspinali się na własnych nogach, nie chcąc przeciążać niewolników, którzy niemrawo podążali za nimi z pustymi lektykami. Eurypides niczym retor popisywał się wiedzą o tubylcach i ich obyczajach, chętnie też objaśniał, którym bóstwom i w jakich okolicznościach oddaje się cześć i składa ofiary. Na płaskim szczycie wzniesienia po dawnej świątyni Ateny niewiele pozostało. Przygonieni tu do pracy niewolni umacniali obwarowanie, korzystając z resztek poprzetrącanych kamiennych kolumn. Drobniejsze odłamki ściągali i wrzucali do sporawego zagłębienia, gdzie miały spocząć na długie wieki.

— Persowie zrobili swoje, w zacietrzewieniu przekroczyli wszelkie granice, tym niemniej kiedyś tu będzie pięknie — Eurypides entuzjastycznie zwierzał się Ni z podejmowanych planów. — Trwają już prace. Mam nawet niepokaźną makietę w piwnicach, z parametrami obiektów, wyliczonymi z niedosięgłą tutaj matematyczną dokładnością. Widzę to w snach — puścił przed nią wodze fantazji. — Zajmie im to pewnie z pięćdziesiąt lat — roztropnie przewidywał. — Temistokles tak długo, jak może, radzi sobie z odbudową, a po nim przyjdą inni. Syn Neoklesa ciągnie mury aż do morza, wznosi i upiększa nowy port. Tu zaś roją mi się nowe świątynie, a od zachodu wyrazistsze propyleje z dwoma skrzydłami, południowym i północnym. No i posągi Ateny, dziewicy i wojowniczki — z twoim słodkim obliczem, ma się rozumieć — okazałe i strzelające w niebo...

Słońce sięgało zenitu, zbliżało się południe i przejęty wyprawą do miasta transgalaktyda orzekł, że czas wracać do willi. Obrzucił z uwagą małe stadko i odruchowo zerknął na nadgarstek, ale nie miał na ręce chronometru. W Atenach nie nosił przecież ze sobą żadnego takiego urządzenia. Nadchodziła pora sjesty i ruch wokół pustoszejącej agory z wolna zamierał. Nim wsiadł, w samotności zastygł na krótko, lustrując z napięciem Pnyks, Wzgórze Nimf i Wzgórze Muz, a następnie po przeciwnej stronie wyrastający dużo dalej Likabet. Nie było tam żadnych ukrytych wrogów i odetchnął z ulgą. Upajał się jeszcze chwilę widokiem ze świątynnego wzniesienia. (...)


0 1 2 3 4 5 ^